Trwa ładowanie...

Szukaj

Z życia diecezji

Strona głównaZ życia diecezji „Trzeba być pół kroku za człowiekiem” - ks. Piotr Subocz

„Trzeba być pół kroku za człowiekiem” - ks. Piotr Subocz

Światowy Dzień Chorych obchodzony jest od 25 lat. W diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej główne uroczystości odbędą się 11 lutego w Koszalinie i w Darłowie. Zachęcamy do przeczytania rozmowy z ks. Piotrem Suboczem, który od 6 lat pełni posługę kapelana w koszalińskim Szpitalu Wojewódzkim.

Informacje na temat obchodów Światowego Dnia Chorego w diecezji - TUTAJ

 

Arkadiusz Wilman: Z telefonem ksiądz nie rozstaje się nawet na chwilę. Cały czas ktoś dzwoni. Praca o każdej porze dnia i nocy, całodobowa.

Ks. Piotr Subocz: No tak. Nawet teraz się trochę spóźniłem, miałem wezwanie na oddział, musiałem podejść do pacjenta. Koszaliński szpital to około 630 łóżek, ponad 20 oddziałów. Rocznie kilkadziesiąt tysięcy ludzi przechodzi przez szpital. Na początku mojej posługi wezwania nocne były uciążliwe. Można się przyzwyczaić. Wszystkich pacjentów w szpitalu w ciągu jednego dnia nie jestem w stanie odwiedzić, ale w dwa dni jest to już możliwe. Są oddziały takie jak OIOM, onkologia, SOR, neurologia, na których jestem codziennie, ze względu na ciężkie stany pacjentów - na pozostałych jestem co dwa, trzy dni. Szpitalna kaplica jest otwarta codziennie od godziny 6 do 17. Przez oddział można do niej wejść przez całą dobę.

Szpitalne realia się zmieniają. Średni czas hospitalizacji z roku na rok jest coraz krótszy. Pacjenci trafiają do szpitala na dwa-trzy dni.

- Ja się śmieję, że za kilka lat to będzie liczone tylko w godzinach. Kiedyś ludzie po zawałach leżeli nawet po pięć tygodni w szpitalu, teraz zaledwie po kilku dniach wypisują ich do domu. Lekarstwa są coraz lepsze, niektórych chorych nie trzeba w szpitalu trzymać. To też wpływa na system pracy kapelana. Gdy przyszedłem tutaj 6 lat temu, to pacjentów umierających na oddziale onkologicznym było ponad 80, teraz jest to od 20-30 osób rocznie. Z tego wynika, że ci pacjenci trafiają do domów, albo pod opiekę hospicyjną. To dobrze, że oni nie umierają na szpitalnych salach. Niektórzy nawet proszą mnie, abym porozmawiał z ich rodziną, aby mogli wrócić do domu. Wielu ludzi ma świadomość swojego stanu, i nie chce umrzeć w szpitalu.

Każde spotkanie jest zupełnie inne, ale czy faktycznie widok księdza w szpitalu i perspektywa sakramentów nadal bywają odbierane jako zwiastun końca?

- Zmniejsza się ten strach, ale to nie wynika z takiej katechizacji. To bardziej jest spowodowane tym, że ludzie są po prostu mniej praktykujący. Obecność księdza jest im obojętna. Kiedyś miałem taką sytuację na oddziale chirurgicznym. Na sali sami panowie, pytam ich, czy któryś z nich chce przystąpić do Komunii czy spowiedzi świętej. Wszyscy prawie chórem odparli, że „tutaj nikt nie umiera, wszyscy zdrowi, zaraz wychodzimy”. Przychodzę za dwa dni, a tu trzech panów chce się wyspowiadać. Pytam ich, co się stało. Odpowiadają, że ten czwarty, który niedawno najgłośniej krzyczał miał zabieg na palcu, wystąpił jakiś zakrzep, pojawiły się komplikacje i zmarł. Ja oczywiście nikogo nie straszę, ale każdy zabieg, operacja to jest jakieś zagrożenie. Coraz mniejsze, bo kadra jest coraz lepiej wykwalifikowana, są lekarstwa, lepszy sprzęt. Zawsze jest jednak jakieś ryzyko, bo to ingerencja w ciało człowieka. Jest wielu ludzi, którzy się boją, ale i wielu, których widok księdza cieszy. Z mojej strony to jest normalny kalendarz wizyt, a niektórzy odczytują to jako coś więcej. Jest radość, niektórzy grzecznie odmówią, inni trochę mniej kulturalnie.

Czyli część chorych na widok księdza w szpitalu zdrowieje. Nic im nie dolega.

- Często słyszę, że „my wszyscy proszę księdza jutro wychodzimy”. Ogólnie rzecz biorąc reakcje na moją osobę są raczej pozytywne. Nawet jeśli ktoś nie chce przyjąć sakramentów, to chociaż chwilę porozmawiamy. Wiele jest takich sytuacji, że gdy pytam na sali czy ktoś chciałby przyjąć komunię albo sakrament chorych zgłasza się jedna osoba. Po chwili gdy jedna osoba przyjmie, to nagle odzywa się druga, czasem trzecia, że ona też chciałaby.

Czasem stoimy przy łóżku bliskiej osoby w domu, w szpitalu, hospicjum. Nie wiemy co powiedzieć. Jak się wtedy zachowywać, co mówić?

- Jeżeli to jest nasza bliska rodzina, osoba, z którą się mieszka to powinniśmy normalnie rozmawiać. Ten chory ma swoją godność i chce w miarę swoich możliwości normalnie funkcjonować. Wiele osób w takiej sytuacji ma żal do swoich bliskich, że oni traktują ich jak trędowatych. Oczywiście pojawiają się fizyczne ograniczenia, ale starajmy się rozmawiać tak jak wcześniej. Pytajmy o samopoczucie, czy coś konkretnie boli, jak możemy pomóc. To nas przeraża, kiedy człowiek zdrowy podchodzi do chorego. Od razu pojawia się myślenie, co ja mam mu powiedzieć, jak go pocieszyć. On wcale nie potrzebuje usłyszeć tego, że ktoś mu współczuje w chorobie, bo to automatycznie stawia go w gorszej pozycji, czuje się wtedy traktowany z góry. Trzeba normalnie rozmawiać. W sytuacjach, gdy ktoś jest bardzo ciężko chory, to zaproponujmy wspólną modlitwę, przeczytajmy fragment Pisma Świętego. Ale też warto zapytać czy jest coś, co chce zrobić, rozwiązać jakąś sprawę, pomóc w niej. Wiele osób nie jest gotowych na śmierć, trzeba ich przygotować. Poświęcić im czas. Posłuchać co chcą powiedzieć.

Ks. Józef Tischner stwierdził, że nie jest wielką sztuką jednoczyć się z Bogiem wtedy, kiedy życie nam sprzyja. Szpital trudno przyjąć za symbol pomyślności życiowej.

- Ja doceniam każdy dzień – powtarzam to ludziom, zachęcam ich do takiego podejścia. Gdy pojawia się choroba, niepełnosprawność, (najczęściej choroba nowotworowa) zaczynamy myśleć dlaczego Panie Boże ja? Czy Pan Bóg mnie za coś ukarał? Przecież ja chodziłem do kościoła. W takiej sytuacji to normalne, że pojawiają się pytania. Z drugiej strony zachęcam, aby docenić rozmowy z lekarzami, dostrzec każdą, nawet najmniejszą nadzieję. Podczas pierwszego dnia w szpitalu człowiek zawsze skupia się na sobie. Później patrzy, że wokół niego jest mnóstwo pacjentów, młodszych i starszych, zaczyna sobie zdawać sprawę, że wiele osób jest w ciężkiej sytuacji. To nie tylko ja jestem chory. Sporo jest takich, którzy wiele lat się nie modlili. Niektórzy pytają się mnie, że to chyba niedobrze, że „jak trwoga to do Boga”. Odpowiadam, że to też wiara, że ktoś nade mną jest. Tym kimś jest Pan Bóg. I to dobrze, że w takiej sytuacji ta relacja z Bogiem jest i może wtedy ona się odnawia. Nie wiem, może dla niektórych takie potrząśnięcie człowiekiem jest zmuszeniem do refleksji, czy idą w dobrym kierunku. Staramy się czasem tłumaczyć pewne sytuacje. Ktoś przeżył wypadek, czyli ma coś jeszcze do zrobienia. Może tak jest. O tym się przekonamy dopiero jak kiedyś będziemy u Pana Boga. Przez cierpienie człowiek bardziej zastanawia się skąd i dlaczego to cierpienie przyszło. Szuka Pana Boga, aby u niego odnaleźć odpowiedź.

Prawdziwa historia. Kilka dni temu w koszalińskim Obserwatorium Astronomicznym sześciolatek oglądając mapę nieba zapytał: dlaczego nie ma tu zaznaczonego Pana Boga? Przecież On mieszka w niebie. Jak wyglądają rozmowy z dziećmi przebywającymi w szpitalu?

- Dzieci zadają proste pytania, ale na te pytania są zawsze trudne odpowiedzi. Kiedy je odwiedzam to czasami jest szok, ale nie ze względu na strach tylko sytuację – przecież ksiądz to w kościele jest. Maluchy wstydzą się, nie wiedzą co powiedzieć. Nie miałem żadnego tak poruszającego dialogu, ale wspominam jedną historię z udziałem kilkuletniego chłopca. Gdy do niego przyszedłem, jego babcia powiedziała: zobacz, ksiądz przyszedł. Mały odpowiedział, że nie, że to Pan Jezus przyszedł. Spierali przez chwilę w ten sposób. Ktoś powie - dziecko po prostu połączyło fakty, że ksiądz czyli kościół, a kościół to Pan Jezus. Byłem u niego wtedy z Najświętszym Sakramentem. Dzieci inaczej patrzą, w bardziej bezpośredni sposób. Człowiek dorosły wszystko sobie tłumaczy, stara się znaleźć takie odpowiedzi, żeby potwierdzić swoje myślenie. Pracuję też w hospicjum dziecięcym. Kiedy udzielam Komunii św. chorym dzieciom, to zdarza się, że one mają inny wyraz twarzy. Sami rodzice mówią, że to ich dziecko jakoś inaczej przyjmuje ten sakrament. Patrzy innym wzrokiem. Jako człowiek wiary, wierzę, że doświadcza tej łaski. Osoba Chrystusa jest obecna.

Na szpitalnych korytarzach na co dzień spotyka ksiądz rodziny, znajomych pacjentów. O co oni proszą szpitalnego kapelana?

- Numer telefonu do mnie jest wywieszony na każdym oddziale. Najczęściej dzwonią i proszą aby przyjść z sakramentem do ich bliskich. Czasem chcą też porozmawiać o swoim cierpieniu. Wcale nie oczekują jakiegoś wywodu, odpowiedzi na trudne pytania. Ludzie po prostu chcą być wysłuchani. Chcą się wyżalić, mówią o tym, co wewnętrznie przeżywają, że nie mają siły. Czasem te rozmowy kończą się spowiedzią. To jest po prostu towarzyszenie komuś i rozmowa. Gdy zapytam o sakramenty, niektórzy odpowiadają, że nie mogą, bo są „wyklęci” przez Kościół, bo np. żyją w związkach niesakramentalnych. Wtedy proponuję modlitwę i błogosławieństwo. Te osoby mają ciężar w sercu, ale inaczej zaczynają patrzeć, gdy porozmawia się z nimi o sprawach duchowych.

Podobno pobyt w szpitalu zmienia ludzi. Niektórzy potrafią przewartościować swoje życie.

- Gdy człowiek leży w szpitalu, to ma więcej przemyśleń. I to najczęściej nie są refleksje o pracy, ale o relacjach rodzinnych, o tym, jak się życie przeżywa. Jeden ciężko chory pacjent powiedział mi, że na pracę i pasję miał zawsze czas, ale zabrakło mu go dla rodziny. Ludzie w tym miejscu zaczynają sobie zdawać sprawę, że życie nie powinno się kręcić wokół pracy, pieniędzy i stanowisk. Przecież to nie sekretarka, podwładny czy zastępca do nich przyjdą i będą mu pomagać, tylko zrobią to członkowie rodziny, najbliżsi. Jeśli nie ma takich relacji, to osoba zostaje sama.

Czego ksiądz przede wszystkim nauczył się przez te lata pracy i posługi w szpitalu?

- Tego, że człowiek jest bardzo skomplikowany, i każdy z nas jest inny. Przez obecność księdza, a nie moralizatorstwo można do człowieka dotrzeć. Często rozmowa zaczyna się od zapytania o to, jak ktoś się czuje, skąd jest, co jest przyczyną pobytu w szpitalu. I od takich rozmów o codziennych sprawach przechodzimy do tematów wiary, życia, pytań o Boga. Po jakimś czasie ludzie, którzy dawno nie przystępowali do spowiedzi potrafią poprosić o sakramenty. Miałem kilka takich sytuacji. Każdą rozmowę można zacząć tak samo, a każda osoba inaczej odpowie. Bo ma swój bagaż doświadczeń, przeżycia, inaczej patrzy na życie. Człowiek wierzący łagodniej przechodzi ten czas choroby, cierpienia, nawet umierania. Bo ma nadzieję.. W tej posłudze trzeba być pół kroku za człowiekiem. Słuchać tego, co on mówi i nie zawsze od razu odpowiadać komentować. Podczas choroby pokorniejemy. Ja przez sześć lat nauczyłem się pokory wobec życia i tego, co przynosi każdy dzień.

Ks. Piotr Subocz o Światowym Dniu Chorego Ks. Piotr Subocz o obchodach Światowego Dnia Chorego w diecezji

 

Informujemy, że ta strona używa plików cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. x